-Dzień dobry?-Seweryn powiedział ostrożnie.
-Dobry,dobry!-usłyszeliśmy głos dochodzący zza drzwi.Przez nie wszedł potężnie zbudowany mężczyzna.Miał ciemne włosy i tego samego koloru gęstą brodę.W jego zielonych oczach błyskały wesołe iskierki.Wycierał ręce białą niegdyś szmatką teraz w kolorze popielatym.Miał na sobie fartuch tego samego koloru.W oczy rzucało się to iż tylko on nie miał na sobie zbroi.
-Witajcie dzieciaczki!-uśmiechnął się szeroko.-Co was tu sprowadza?
-My...Chcielibyśmy się zapytać ile kosztują cztery sztuki zbroi-odpowiedziałam.
-Cztery sztuki? O rety...-przetarł szmatką czoło-To by było...20 sztuk złota.
-A gdzie można zarobić? Polecił by nam pan jakąś pracę?-spytał szatyn.
-Wy chyba nie jesteście miejscowi,co?-zaśmiał się głośno.-Mogę waszą dwójkę zatrudnić tutaj! Przydało by się tu trochę posprzątać...I potrzebuje silnego młodzieńca do pomocy!
-Bardzo panu dzięk...
-A! Płacę jedno srebro na głowę na dzień! Przyjdźcie tutaj jutro rano,dobrze?-uśmiechnął się życzliwie i rozczochrał włosy Sewerynowi.
Jeszcze raz mu podziękowaliśmy i wyszliśmy.
-Jest bardzo miły-uśmiechnęłam się.
-Jak taki dziadek.
-No.
-Jak myślisz? Dziesięć srebra to jedno złoto?-powiedział.
-Nie wiem ale musimy to uzbierać żeby się na nas tak dziwnie nie patrzyli.-czułam na skórze wszystkie pary oczy skierowane w naszą stronę.Jakby nigdy nikogo takiego nie widzieli.
-Ja tam nadal sądzę,że łatwiej byłoby kraść.
-A ty nadal o tym!-zaśmiałam się.
Gdy wróciliśmy do obozowiska Marceli i Kacpra nadal nie było.
-Myślisz że coś znaleźli?-spytałam.
-Oby-westchnął.-Gdy już zaczniemy pracować możemy coś kupić ale na razie musimy sobie sami radzić.
Marcela i Kacperek nadal nie wracali.Coraz bardziej się o nich martwiłam chociaż wiedziałam że sobie poradzą.Po paru godzinach zobaczyłam jak wracają.Gwałtownie wstałam i pomachałam im.Marcela niosła coś na rękach wyraźnie szczęśliwa.Gdy byli już na tyle blisko zobaczyłam co to było.Wyglądało na rybę.Były różnokolorowe.Niebieskie,żółte,zielone a nawet różowe!
-Nie wiedziałam że potrafisz łowić-uśmiechnęłam się do niej.
-Nie potrafię! Kacper zrobił z gałązki wędkę.
-Wędkę!-zaśmiał się brunet.-Zrobiłem ich chyba dziesięć bo łamały się po paru minutach!
Gdy dwójka opowiedziała już nam o swoich przygodach rozpaliliśmy ogień i upiekliśmy je.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz