Reszta walki przebiegła podobnie.Raz prawie Lucy spadła z wielkiego hangaru,lecz dzięki szybkiemu refleksowi Max'a nic się nie stało.Z policzka chłopaka sączyła się strużka krwi.Ze stanem dziewczyny nie było lepiej.Na nogach i rękach miała mnóstwo siniaków.
Z potwornych braci został już tylko jeden,lecz później okazało się że to ten najgorszy.Jego tatuaże jak u poprzedników oplatały całe ręce.Miał czarnego irokeza i dziką wściekłość w oczach.W ręku dzierżył ogromny topór,który niebezpiecznie pobłyskiwał w świetle księżyca.Potwór ruszył na blondynkę.Dziewczyna zaczęła się cofać,nie spuszczając oczu z przeciwnika.Przed pierwszym atakiem zrobiła unik i pobiegła przed siebie.Czuła jak powierzchnia się trzęsie przez ciężkie kroki potwora.Wzrokiem nie mogła odszukać nigdzie Max'a więc próbowała obmyślić jakąś strategie.Niestety nie była w tym dobra więc przez połowę walki tylko uciekała.W końcu olbrzym złapał ją z nogę i uniósł do góry.Metalowa rura wypadła jej z ręki i teraz zwisała do góry nogami.Potwór przyjrzał jej się swoimi czerwonymi oczami,a Lucy zachciało się płakać.Ten uniósł ją na wysokość swojej głowy i gotowy był zamachnąć się i posłać dziewczynę w kosmos.Blondynka z trudem wyrwała nogę z uścisku olbrzyma i wylądowała na jego karku.
-LUCY!-usłyszała ryk Max'a.W końcu go zauważyła.Stał wykończony,podpierając się ściany.-ŁAP!
Rzucił jej swój miecz.Dziewczyna uniosła ręce do góry i złapała ostrze za rączkę i wbiłam mu w głowę.Blondynka usłyszała głośny syk,zamknęła oczy i wylądowała na ziemi.Kurczowo trzymała się miecza i nie chciała się puścic.
-Wszystko gra?-usłyszała łagodny głos bruneta.Chłopak stał nad nią i uśmiechał się lekko.Poczuła jak jej oczy zaczynają byc wilgotne.Szybko je otarła i wstała.
-To było straszne...Ale takie...
-Ekscytujące?
-Tak właśnie.
Razem zeszli na dół po drabinie.Emily siedziała przykryta kocem z bliźniakami.Gdy zobaczyła że zeszli bezszelestnie podbiegła do nich.
-Co wam się stało?-spytała zmartwiona.
-Nic takiego-Max uśmiechnął się szeroko i prawie upadł,gdyby brunetka go nie złapała.Dziwnie stał.Jakby stało mu się coś w nogę.
-Usiądźmy tam,opatrzę wam rany...-skierowali się w stronę ogniska.Bliźniaki smacznie spały przykryte wełnianym kocem.Emily znalazła go w plecaku rodzeństwa.
Chłopak zdjął swoją poszarpaną,czarną,skórzaną kurtkę i położył obok siebie.
-A tak ją lubiłem-westchnął.-Emily,w moim plecaku powinna znajdować się apteczka.
Dziewczyna skinęła głową i wyciągnęła z niego mały pojemnik.Był białego koloru a na środku widniał czerwony krzyżyk.Szatynka wyciągnęła z niego wodę utlenioną,bandaże,plastry,waciki oraz gazę.
Zajęła się drobnymi ranami Lucy i podeszła do chłopaka.
-Teraz twoja kolej.
-Dzięki sam sobie poradzę...
-Nie bądź dzieckiem!-zrobiła nadąsaną minę i wylała trochę wody utlenionej na wacik.Obmyła mu ranę na policzku i zakleiła plastrem.
-Dobra powiedz mi co ty sobie zrobiłeś z tą nogą?
-Uderzyłem się.
-Ciekawe,może więcej szczegółów?
-Uderzyłem się o blachę.
-Tak się z tobą nie dogadam-westchnęła i usztywniła mu nogę.Cała trójka jeszcze przez chwilę rozmawiała aż wszyscy zasnęli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz