środa, 30 kwietnia 2014

Wszystko jest możliwe!-W końcu plan!-Rozdział 5

Gdy już oddaliłyśmy się od pałacu Gilberta i nie było słychać jego wrzasków zrobiłyśmy krótki postój.
-No więc dobra-powiedziała Martyna wyciągając zza pasa mapę i rozkładając ją na kamieniu.-Gdzie my jesteśmy...-zaczęła przeczesywać wzrokiem mapę.
-Chyba tutaj-Marcela wskazała na mapie nazwę "Góra Cryxor".Martyna skinęła głową i wskazała palcem nazwę "Zamek Luminos".
-Tutaj jest zamek całego tego kraju...-mruknęła.
-Kraju?
-Tak. Zamek znajduję się na północnym-wschodzie kawał drogi stąd-westchnęła.
-Ale po co mamy tam iść...To znaczy...Pomogą mi i Marceli się stąd wydostać?-machnęłam ręką.
-Nie jestem pewna...Ale jeśli jest tutaj coś co tak potrafi to tylko tam-dotknęła palcem mały rysunek zamku.-Musimy przejść tędy przez "Deserta Ruin" a następnie przez ten las-wskazała na zielone pole.-Tu-pokazała małe miasto-mieszka mój przyjaciel, poznałam go kiedy tu przybyłam.
-To znaczy kiedy?-spytała Marcela.
-Około dwa lata temu.-otworzyłam szerzej oczy.
-Dwa lata?!
-Tak,mniejsza dam wam mapę i ruszycie w stronę Deserta Ruin a ja was dogonię wraz z nim.
-Mamy iść same?-spytałam.-Dopiero o tu przyszłyśmy i mamy działać na własną rękę?-zaczęłam się martwić.
-Spokojnie gdy tylko tu dojdziecie będę na was czekała-uśmiechnęła się.
-Dobra idziemy.-Marcela wstała i zwinęła mapę.
-Do zobaczenia-Martyna skinęła głową i ruszyła w prawo.
-A ja myślałam że będę się przejmowała sprawdzianem z angielskiego...-powiedziałam i poszłyśmy przed siebie. Podróż trwała około cztery godziny i byłyśmy już na prawdę zmęczone. Nagle Marcela wyjęła mapę i przyjrzała się okolicy.
-Zaraz będziemy na miejscu- mruknęła.
-Marcela...Jedno mnie dziwi...Jesteśmy tu już...Parę godzin? A słońce ruszyło się jak na ten czas bardzo mało...To drugie, również.-zauważyłam.
-Masz rację-dziewczyna spojrzała w górę i przysłoniła sobie oczy.-Musimy jak najszybciej wrócić nie podoba mi się tutaj.
Nagle usłyszałyśmy głuchy pisk. Z krzaków niedaleko wyskoczyło pełno małych, różowych stworków. Biegły prosto w naszą stronę ale, gdy miały się z nami zderzyć zwinnie nas ominęły.
-Co do...
Ze strony, z której wyleciały potworki usłyszałyśmy przeraźliwy ryk. Serce zaczęło bić mi szybciej. Ruszyłam w stronę największych głazów i w biegu pociągnęłam Marcelę za rękaw. Ukryłyśmy się za nimi i obserwowałyśmy. Nagle z krzaków wyskoczył dwu-metrowy mutant. Był cały czerwony z żółtym brzuchem. Ostre pazury wyrastały mu z kościstych łap. Znów zaryczał i pobiegł za małą grupką stworków.
-Aż mi ich żal...-mruknęłam z wyrzutami sumienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz